
Hunter Underwater
Guilherme Rodrigues · Gábor Hartyáni · Guido Kohn · Hui-Chun Lin
Reviews
Na starcie spektaklu muzycy rozciągają struny, sprawdzają naciągi smyczków i łypią na siebie spode łba. Leniwie, acz nerwowo przebierając nogami, budują strzępy narracji, zarówno frazami czystymi, jak i zabrudzonymi. Płyną pod prąd niczym zagubieni kameraliści w leśnym gąszczu swobodnej improwizacji. Spory suspens kreowany jest tu przez rozległą plejadę short-cuts, w improwizacji nie brakuje jednak przeciągłych, dłuższych fraz. W tyglu zdarzeń odnajdujemy dźwięki preparowane, dźwięki pełne rzewnej melodyki, te płynące pod górę i te zsuwające się z niej, rozhuśtane i bolesne, zawsze jednak realizowane kolektywnie, na ogół w sposób ekspresyjny – so, what ever you want! Pierwsze zejście w pobliże ciszy ma miejsce już po siódmej minucie. Mroczny post-barok, szorowanie glazury pudeł rezonansowych i martwe oddechy wystudzonych strun. Ale i tu odnotowujemy dużą zmienność akcji, także wątki, które muzycy porzucają już po kilka sekwencjach.
Po raz kolejny mroczny nastrój dopada muzyków w okolicach czternastej minuty. Po niedługiej chwili zaczynają kreować nowy wątek przy samej podłodze, budują uroczą pajęczynę subtelnych, niemal filigranowych dźwięków. Emocje wszakże rosną – ciężki post-barok lepi się tu do akustycznych przesterów. Na scenie cztery wiolonczele, ale metod frazowania naliczylibyśmy tysiące! Wraz z wybiciem dwudziestej czwartej minuty muzycy tłumią się bardziej zdecydowanie, jakby niektórzy z nich zaczynali myśleć o przedwczesnej finalizacji. Beauty game of minimal near silence! Rozhuśtane, lekko upalone frazy serwowane są teraz w formie pytań i odpowiedzi. Z czasem na gryfach wiolonczel pojawia się więcej dźwięków preparowanych. Smyczki schodzą do samej ziemi i budują zmysłowe drony. Samo zakończenie kipi od emocji, jakby koniec spektaklu wcale nie musiał nastąpić wraz z końcem trzydziestej czwartej minuty.